STSport

Długo się zbierałem do napisania drugiej części mojego felietonu na temat propagandy w branży sportów walki. Jednym z powodów jest fakt, że temat ten jest tak rozległy, iż nie wiem od czego zacząć albowiem środowisko MMA i generalnie sportów walki w propagandzie jest umoczony bardziej niż obornik na polu ale po kolei…

„To będzie walka dobra ze złem i oczywiście ja będę dobrem, a Pudzianowski zło i jestem przekonany, że dobro zwycięży”

Jak obiecałem w 1 części felietonu nawiązuje do osoby Marcina Najmana. U góry znajdują się jego słynne słowa przed pojedynkiem który zapoczątkował bum na MMA w naszym kraju. Wówczas ludzie odebrali to jako pychę Marcina, pajacowanie, sytuację pogorszyła scena z konferencji prasowej, w której to Najman wręczył Pudzianowskiemu rakietki do gry w Tenisa. „Pudzian” spokojnie odpowiadał zaś Marcinowi raczej ogólnikami i tym oto sposobem promotorzy KSW stworzyli klasyczny podział na bohatera – anty bohatera, napędzając emocje, spirale niechęci i sympatii przed walką do poziomu amerykańskich konferencji z walk bokserskich. Efektem tego było buczenie, wyzywanie, gwizdanie na Marcina Najmana gdy ten wychodził do ringu i tak zostało do dnia dzisiejszego. Z federacji KSW zaś, Martin Lewandowski jedynie mówił publicznie, że martwił się, czy „El testosteron” wytrzyma taką presje. Przejdźmy jednak dalej.

Kolejnym przycinkiem na drodze fighterskiej Marcina Najmana był Przemysław Saleta – jego wielki oponent, który przed walką mówił o wielu kulisach ich „słynnego” konfliktu, kpiąc ze swojego dawnego przyjaciela, zarzucając mu przede wszystkim nielojalność, ale również i brak sportowego profesjonalizmu, nadmierne parcie na szkło -Przemek mówił o Marcinie, iż nie jest sportowcem. Marcin Najman zaś w tamtym okresie, przyjmował pozycję raczej defensywną w stosunku do swego antagonisty, walkę na KSW 14 przyjął niechętnie, a całą gażę z niej przelał na konto chorego chłopca.

Niestety, albo stety ale ten fakt nie pomógł Najmanowi w ociepleniu swego wizerunku, bo Marcina atakowali także inni fighterzy, część bokserów zaś napisało list do mediów „nie nazywajcie Najmana sportowcem”, a na konferencji prasowej przed KSW 14 Krzysztof Kułak publicznie wyśmiewał się z Marcina Najmana. Oficjalna zapowiedź KSW – „celebryta który zaistniał dzięki reality show” i rzecz jasna Marcin wchodził przy akompanjamencie ogłuszających gwizdów i moim „rodzimym” Scyzoryku 🙂 Ale do rzeczy – sytuację wizerunkową „El Testosterona” umocnił komentarz komentatora telewizji Polsat, jeszcze przed walką: „No Marcin mistrz, profesor autopromocji, bo trzeba mieć niebywały talent by nabrać połowę społeczeństwa iż jest się sportowcem”

A Przemysław Saleta? Wejście długie, celebryckie, upiększone gromkimi brawami.                                            „Wchodzi na ring by udowodnić byłemu koledze, iż nie jest sportowcem”– brzmiała oficjalna zapowiedź KSW. W samej walce, Marcin przeważał, wszakże  sędzia nie pozwolił mu wygrać starcia i podniósł (moim zdaniem nie mając do tego podstaw) walkę do stójki – w związku z tym Marcin Najman ku uciesze niemal wszystkich – publiczności, komentatorów, zgromadzonych w Atlas Arenie celebrytów, a kto wie czy nie organizatorów – przegrał drugą walkę w MMA, do tego zostając ośmieszonym przez Przemysława Saletę w rozmowie tuż po walce z Mateuszem Borkiem. Kibice zgromadzeni w Atlas Arenie szaleli ze szczęścia.

Po co ja to przypominam? Ano po to drodzy czytelnicy, żeby ukazać jak z Marcina celowo, zrobiono złą sławą owianego, czarną postać tylko po to, by ludzie następnie w to wierzyli i kupowali bilety pompując marketingowy balon, a organizatorzy zacierali ręce. Wtedy, na KSW 14 odnosiło się wrażenie, że wszyscy chcieli porażki Najmana, wszyscy się z niej cieszyli, ale fakt jest taki, że Marcin Najman miał o wiele więcej przeciwników niż tylko Przemka Saletę…

Mało kto jednak wspomina, albo pamięta jak w 2006 roku Przemysław Saleta nie wyszedł z szatni do bokserskiej walki z Marcinem Najmanem w Krakowie, nie wiele osób zdawało sobie wtedy sprawę, że cała otoczka do walki z Pudzianowskim to była reżyserka Macieja Kawulskiego, a rakietki które wręczył Pudzianowi Najman, Mariusz sam sobie wybrał godzinę przed konferencją. Nasuwa się prosty schemat – wyreżyserować złego, nakręcić spirale niechęci do granic możliwości i kiedy maszynka się wyczerpie odpulić jak zrobiło to KSW w przypadku Marcina Najmana, choć nie tylko jego.

                                 „Mój dom murem podzielony…”

Mówię o KSW, ale appogeum balonika niechęci wykorzystała także federacja MMA Attack, która wprawdzie za drugim podejściem ale ograniczyła stronniczość komentatora, choć zarówno przed walką z Robertem Burneiką jak i po walce, nakręcała spirale niechęci równie sukcesywnie. Tuż przed walką Najman – Burneika posunięto się nawet tak daleko, że zaproszono Przemka Saletę do oktagonu by ten udzielając wywiadu pompował jeszcze bardziej jaki to Najman jest zły, a uradowani ludzie bili mu brawo 😉 Do wizerunku złego dołączył także Mirosław Okniński – ówczesny trener Najmana, równie atakowany bo jak mógł on wspierać anty sportowca – Marcina Najmana? Tego zdzierżyć się nie da. I tak oto, Marcina Najmana – przeciętnego ale jednak boksera okrzyknięto mianem „anty sportowca”, natomiast Roberta Burneikę którym jedynym sportem jest wcinanie stejków, a poziom muskulatury przewyższa normalne funkcjonowanie, ponadto publicznie mówiącego o braniu sterydów zrobiono bohatera – ciemny lud to kupił niczym kupę w opakowaniu po cukierkach. Kibice zgromadzeni wtedy w katowickim Spodku, nie wahali się także gwizdać na Polaka, krzyczeć aby wypie…, a Litwina nie mającego nic wspólnego ze sportami walki, chwalącego się publicznie, że nie trenował – wiwatować niczym bohatera narodowego…

Marcin jednak się ubezpieczył i uprzedzając fakty, wyszedł ze swoim trenerem do oktagonu przy utworze „Kult – Arahja” mówiącego właśnie o podziałach. „Mój dom murem podzielony, moje ciało murem podzielone”.  Obiektywnie muszę przyznać, iż lepszego utworu na wejście do oktagonu wybrać nie mógł i choć walkę przegrał, to wejście do klatki choć okraszone gwizdami – niezaprzeczalnie należało do niego.

                                 „Waluś będzie jadł przez słomkę”

Opisywana sytuacja wygląda mi to trochę tak, jakby to zawodnik był zakładnikiem – topowej, medialnej federacji, bo gdy na to nie przystanie to poprostu nie zawalczy. Chcecie więcej przykładów? Proszę bardzo. Przypominacie sobie jak sytuacja wyglądała z Kamilem Bazelakiem? Najpierw Bazelak był przyjacielem federacji KSW, jednym ze sponsorów, potem zaś Maciej Kawulski wymyślił, że Waluś będzie jadł ponoć przez słomkę, żeby po kontuzji Bazelaka, zwlekać i nie dawać mu szansy na rewanż, tym samym pozbywając się niewygodnego usługodawcy. Zawodnik odchodzi, ale ciężar wyreżyserowanego wizerunku dalej zbiera żniwa, także dla jego rodziny. Tak sobie myślę – czy właściciele danej federacji stają się również własnością zawodnika – czyli jego umiejętności sportowych czy także osobowości, iż nadają sobie prawo do kształtowania wizerunku fightera?

                          Marcin „Różal” Różalski powiedział STOP

Tym oto schematem dotychczasowego bezwarunkowego posłuszeństwa i poddaństwa, zawodnicy chcąc za wszelką cenę zawalczyć, przystają na każde słowo topowej federacji, stając się de facto jej zakładnikiem. Dlatego właśnie, tak bardzo mnie cieszy, iż Marcin Różalski właśnie jako jeden z nielicznych powiedział STOP i postawił na swoim, walcząc dla DSF, mówiąc co myśli na pewne tematy. O co poszło KSW i Różalowi? Nie trudno się domyślić, iż właśnie oto, że wedle włodarzy KSW, Różal powinien być ich własnością i tylko dla nich zawalczyć z przeciwnikiem jakiego mu włodarze podrzucą, bo w przeciwnym wypadku to już będzie nielojalnością? Cóż, szczegóły zostawmy dla samych bohaterów.  Do tej pory jednak, KSW miało na tyle przodującą pozycje, że nikt nie podważył ich słowa – a ten kto by śmiał odrazu był spychany na margines, więc zaskoczenie reżysera KSW – Macieja Kawulskiego mogło być ogromne, gdy Różal pewne sprawy rozwiązał po swojemu. Odpowiedzcie sobie na pytanie i Wy czytelnicy, czy ktoś tu w rozrachunku – federacja – zawodnik nie poczuł się zbyt mocny i tym samym nie uczciwy myśląc, że może wszystko, korzystając z uprzywilejowanej pozycji?

Inna sprawa jest taka, że to zjawisko które opisuję to nic innego jak robienie dla ludzi wyreżyserowanego spektaklu, a są i tacy którzy nazwą to oszustwem, chamstwem i kłamstwem. Analogicznie znajdą i Ci którzy to zjawisko akceptują, szanując prawo wolnego rynku, napewno ma to też grupę zwolenników, przecież to zjawisko bardzo powszechne w całej branży sportów walki – każdy z Was ma pewnie swoje zdanie. Wiele osób też powie, że taki jest biznes, może i mają rację, nie mniej jednak pasjonaci podchodzą do tego bardziej personalnie. Napewno faktem niezaprzeczalnym jest to, że dzięki tej sytuacji zwiększa się popularność dyscypliny jaką jest MMA – w efekcie docelowym rośnie gaża dla zawodników, sport ten się rozwija. Zatem, jak sami widzicie owa sytuacja generuje zarówno zalety jak i wady, liczne grono osób powie, a przede wszystkim branża promotorska, że jest to element wręcz niezbędny w czasach gdy cały czas kształtuje się rynek MMA. Ja jednak nazwę to poprostu propagandą, niekiedy być może, że faktycznie konieczną, ale niestety taką w którą ludzie wierzą niczym bezmózgie wrony w stadzie, dając się ustawiać jak pionki, co jest moim zdaniem przerażające bardziej niż sam fakt powszechnego występowania tego zjawiska w sportach walki. W końcu to tylko albo… aż biznes, a może jednak coś więcej? Co jeszcze będziemy w stanie zrobić dla pieniędzy?

Grzegorz Prokop.

 

Categories: Felieton, MMA, Polecamy 0 like

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.